Rozdział II
Nad Londynem kłębiły się czarne chmury. Były ciężkie i powolne jak smoła. Burza z deszczem złapała Abberline'a i Alice podczas powrotu z restauracji. Juliet, jak sama zaproponowała, została w sierocińcu, by dzieci miały opiekę, a Fred i Alice wyszli na przyjacielską kolację. Jak małe dzieci, skakali w kałuże, chcąc uciec przed nawałnicą.
— Chyba powinniśmy się pospieszyć — zaproponował Frederick.
— Dobry pomysł, robi się coraz gorzej.
Zamiast dalej się bawić, zaczęli biec w kierunku sierocińca. Deszcz coraz bardziej zamieniał się w prawdziwą ulewę, wietrzysko zdmuchiwało wszystko na swojej drodze. Błyskało się i grzmiało, jakby ta nawałnica miała zwiastować apokalipsę. Biedni ludzie poukrywali się w piwnicach i tanich hostelach, a bogaci w swoich mieszkaniach, by tylko nie zmoknąć.
Wbiegli do sierocińca, zamykając za sobą drzwi. Juliet drzemała na sofie z otwartą książką na brzuchu. Dzieci również spały w swoich pokojach.
— Chyba powinieneś zostać — odparła, zdejmując płaszcz z zamiarem powieszenia go do wyschnięcia.
— Jakoś sobie poradzę — zapewnił.
— Nie w tę pogodę. Ustąpię ci trochę miejsca i rozdzielę nas poduszkami.
— Doprawdy, nie trzeba.
— Trzeba — naciskała, aż w końcu przewrócił oczami i się zgodził.
Alice poszła wziąć swoją piżamę, a potem skierowała się do łazienki, by się wygrzać w gorącej wodzie. Ułożyła się wygodnie w wannie i zasłoniła kotarą. Odchyliła na chwilę głowę i przymknęła oczy. Panowała cisza przerywana deszczem i grzmotnięciami z zewnątrz, ale były na tyle mało słyszalne, że nie przeszkadzały jej. Nagle usłyszała kroki. Jej serce zabiło mocniej ze stresu.
— Jest tam kto?
Nie dostała odpowiedzi, ale wciąż słysząc kroki, wstała, biorąc ręcznik i owijając się nim. Wyjrzała za kotarę. W rzeczywistości nikogo nie było. Ale okno było otwarte, mimo że je zamykała. Wyszła z wanny i wyciągnęła kurek, a na szafeczce zobaczyła pożółkłą kopertę. Otworzyła ją i wyciągnęła liścik napisany czerwonym tuszem.
Każdy oddech, który bierzesz,
każdy ruch, który robisz,
każdą więź, którą przerywasz,
każdy krok, który robisz.
Bez względu na wszystko, pamiętaj,
BĘDĘ CIĘ OBSERWOWAŁ.
— Kuba.
Nabrała powietrza, by się uspokoić i nie krzyknąć, dopóki na podłodze pod otwartym oknem nie zobaczyła okrwawionego noża. Wrzasnęła i zaczęła płakać. Abberline musiał to usłyszeć, bo wszedł na piętro i zza drzwi zapytał, czy wszystko w porządku. Przez szok nie odpowiedziała. Stała w miejscu, trzęsąc się i płacząc. Frederick wszedł do środka. Alice stała sparaliżowana w miejscu z ręką na ustach i zapłakana. Spojrzał w to samo miejsce co ona i zobaczył narzędzie zbrodni. Roztrzęsioną kobietę wyprowadził z łazienki i obudził Juliet, by się nią zajęła. Zabezpieczył narzędzie i poszedł do jej pokoju. Siedziała na łóżku, zapatrzona w kartkę, którą trzymała w ręku. Kiedy usłyszała zamykanie drzwi, spojrzała w to miejsce, chowając świstek w pięści. Łóżko było już podzielone. Okna były szczelnie zasłonięte, a w pokoju panował półmrok.
— Wciąż się trzęsiesz — zauważył.
Nie odpowiedziała, tylko położyła się. Była przestraszona i skrępowana. Zaciągnęła kołdrę pod samą szyję, mimo że w sypialni było zbyt ciepło, by tak spać.
Położył się po drugiej stronie i chciał już zgasić świecę, gdy ta go zatrzymała, tłumacząc, że zawsze, od kiedy był pożar, sypia przy świetle i nie ma zamiaru zasnąć, gdy będzie ciemno. Westchnął i przykrył się nieco kołdrą, a Alice, upewniając się, że mężczyzna śpi, zaczęła cicho płakać.
II
II
Od dawna nie widział Alice tak bardzo ostrożnej i skrępowanej. Na każdym kroku oglądała się na okna, mimo że wszystkie były pozasłaniane i nie pozwalała ich odsłaniać. Sierociniec był spowity półmrokiem, a Alice nie wychodziła z niego nawet na moment. To wzbudziło zainteresowanie Abberline'a, ale kobieta, mimo nalegań, zaprzeczała, że cokolwiek złego się dzieje.
Dwudziestego trzeciego września Juliet przyszła z wizytą, trzymając w rękach paczkę. Była raczej spora i przez nią bardzo trudno było jej się poruszać. Kiedy ją postawiła na ziemi, odgarnęła nieco mokre rudawe loki i podała pakunek kobiecie, która siedziała w ten czas na sofie.
— Udało mi się wyrobić — odparła, siadając obok niej.
Czarnowłosa otworzyła swoje zamówienie. W środku był liliowy płaszcz ze srebrnymi naszyciami i głębokim kapturem, o jaki ją poprosiła.
— Właściwie, Alice, po co ci ten płaszcz?
— Powiem ci, kiedy będziemy na osobności.
Wstała i włożyła płaszcz. Stwierdziła, że do sukni nijak nie pasuje, więc poszła na piętro do swojej sypialni, by się przebrać. Założyła bryczesy, koszulę i kamizelkę, a dopiero potem płaszcz. Zeszła do dziewiętnastolatki i stanęła przed nią.
— Dużo lepiej, prawda? — spytała, wygładzając go.
— Nie sądziłam, że wykonam taką dobrą robotę. — Na twarzy dziewczyny pojawił się rumień. — Ma prośbę. Mogłabyś pójść razem ze mną na zebranie?
— Ciekawe, co pani Crugermann znów się nie podoba.
— Nie wiem, ale nie chcę tam iść sama.
— Wiesz przecież, że mnie nienawidzi za to, że byłam przy śmierci Bumby'ego i nawet nie próbowałam go powstrzymać.
— Proszę...
Alice stanęła przed zasłoniętym oknem i wyjrzała nieco na zewnątrz, a potem spojrzała na Juliet, która wstała z sofy i zmierzała do wyjścia.
— Zaczekaj — zatrzymała ją — skoro ci na tym zależy, to pójdę z tobą.
Juliet uśmiechnęła się i podbiegła do niej, rzucając jej się na szyję. Obie wyszły z sierocińca. Kobieta zaciągnęła kaptur na głowę i wezwała powóz. Razem z Juliet weszła do środka i zasłoniła okno.
— A więc, powiesz, po co ci ten płaszcz? — naciskała.
— Tydzień temu podrzucono mi list. — Wyciągnęła z kieszeni liścik, który przełożyła z sukni.
Juliet przeczytała go z przerażeniem w oczach i spojrzała na dyrektorkę.
— Nie chcę, by mnie rozpoznał i chcę się czuć w miarę komfortowo, chodząc po ulicy. W końcu dziwnym by było, gdybym co chwilę oglądała się na wszystkie strony w obawie, że ktoś cały czas mnie śledzi.
— Dlatego w Houdsditch wszystkie okna są zasłonięte, a światła pogaszone?
— Muszę się opiekować dzieciakami, więc w pokoju zamknąć się nie mogę. Jedyną opcją jest zasłonięcie wszystkiego, przez co można zajrzeć.
— Podejrzewasz, kto to mógłby być Rozpruwaczem?
Kobieta pokręciła głową. Nie podejrzewała, nie wiedziała i nie chciała wiedzieć, kim on jest. Ostatnio nikogo nie poznała. Przynajmniej nie kogoś, kto mógłby być jej prześladowcą. Kto mógłby się aż tak bardzo zainteresować jej osobą.
Powóz zatrzymał się prawie pod samym Mangled Mermaid. Obie wysiadły. Kobieta znów założyła kaptur i rozejrzała się, by zorientować się, czy nie ma nigdzie podejrzanych ludzi. Wszędzie prawie nikogo nie było. Może kilkoro mężczyzn i kobiet. Zebranie już się zaczęło. Schowała się w tłumie za Juliet i nasłuchiwała.
— Juliet, znów spóźniona? — Eliza zapytała drwiącym tonem. — Wiesz, że możesz wylecieć w każdej chwili, panno Rosemary? Albo Rozpruwacz może wziąć cię za kolejną ofiarę.
— Bez łaski, madame Crugermann. Już i tak poluje na naszą większość — odpysknęła jej, patrząc na jej niewzruszoną twarz.
Kobieta powiodła wzrokiem po tłumie kobiet, dostrzegając w nim Alice chowającą się za Juliet i jakąś prostytutką.
— Hm... Panna Liddell. Znów się widzimy. I to po trzynastu latach.
Kobieta wyprostowała się i wyszła przed tłum. Crugermann była zaskoczona jej wizytą, ale udawała niewzruszoną, kiedy reszta kobiet szeptała między sobą.
— Widzę, że pani, madame Crugermann, sprawia niezwykłą przyjemność straszenie tych kobiet. Czyżby nauczyła się pani tego od swojego byłego kochanka?
— Tego, który zginął na twoich oczach? Między innymi.
— Wyświadczył przysługę światu, zabijając się. Gdyby nie jego fantastyczny pomysł, moje życie nie wyglądałoby tak, jak teraz. To jest, znacznie lepiej niż pani. — Spojrzała na Juliet, która dyskretnie, gestami, kazała jej się zamknąć. — Widzę, że ma pani bardzo dobre kontakty z Rozpruwaczem. Czy to przypadek?
— Jeden z wielu na tym świecie. W tym pani, panno Liddell.
— I vice versa. — Odwróciła się, odchodząc. — Juliet, idziesz?
Dziewczyna spojrzała na zaskoczoną minę swojej szefowej, uśmiechając się i idąc za Alice.
— Już tu nie pracujesz, Rosemary! — wrzasnęła wściekła Eliza.
— Tęsknić nie będę — odkrzyknęła, wybiegając za Liddellówną.
Obie kobiety szły obok siebie. Juliet czuła się, jakby ktoś zdjął z niej ogromny ciężar, a Alice snuła teorie na temat tożsamości Kuby.
— Juliet, wydaje mi się, że mam podejrzenia co do tego Rozpruwacza.
Dwudziestego trzeciego września Juliet przyszła z wizytą, trzymając w rękach paczkę. Była raczej spora i przez nią bardzo trudno było jej się poruszać. Kiedy ją postawiła na ziemi, odgarnęła nieco mokre rudawe loki i podała pakunek kobiecie, która siedziała w ten czas na sofie.
— Udało mi się wyrobić — odparła, siadając obok niej.
Czarnowłosa otworzyła swoje zamówienie. W środku był liliowy płaszcz ze srebrnymi naszyciami i głębokim kapturem, o jaki ją poprosiła.
— Właściwie, Alice, po co ci ten płaszcz?
— Powiem ci, kiedy będziemy na osobności.
Wstała i włożyła płaszcz. Stwierdziła, że do sukni nijak nie pasuje, więc poszła na piętro do swojej sypialni, by się przebrać. Założyła bryczesy, koszulę i kamizelkę, a dopiero potem płaszcz. Zeszła do dziewiętnastolatki i stanęła przed nią.
— Dużo lepiej, prawda? — spytała, wygładzając go.
— Nie sądziłam, że wykonam taką dobrą robotę. — Na twarzy dziewczyny pojawił się rumień. — Ma prośbę. Mogłabyś pójść razem ze mną na zebranie?
— Ciekawe, co pani Crugermann znów się nie podoba.
— Nie wiem, ale nie chcę tam iść sama.
— Wiesz przecież, że mnie nienawidzi za to, że byłam przy śmierci Bumby'ego i nawet nie próbowałam go powstrzymać.
— Proszę...
Alice stanęła przed zasłoniętym oknem i wyjrzała nieco na zewnątrz, a potem spojrzała na Juliet, która wstała z sofy i zmierzała do wyjścia.
— Zaczekaj — zatrzymała ją — skoro ci na tym zależy, to pójdę z tobą.
Juliet uśmiechnęła się i podbiegła do niej, rzucając jej się na szyję. Obie wyszły z sierocińca. Kobieta zaciągnęła kaptur na głowę i wezwała powóz. Razem z Juliet weszła do środka i zasłoniła okno.
— A więc, powiesz, po co ci ten płaszcz? — naciskała.
— Tydzień temu podrzucono mi list. — Wyciągnęła z kieszeni liścik, który przełożyła z sukni.
Juliet przeczytała go z przerażeniem w oczach i spojrzała na dyrektorkę.
— Nie chcę, by mnie rozpoznał i chcę się czuć w miarę komfortowo, chodząc po ulicy. W końcu dziwnym by było, gdybym co chwilę oglądała się na wszystkie strony w obawie, że ktoś cały czas mnie śledzi.
— Dlatego w Houdsditch wszystkie okna są zasłonięte, a światła pogaszone?
— Muszę się opiekować dzieciakami, więc w pokoju zamknąć się nie mogę. Jedyną opcją jest zasłonięcie wszystkiego, przez co można zajrzeć.
— Podejrzewasz, kto to mógłby być Rozpruwaczem?
Kobieta pokręciła głową. Nie podejrzewała, nie wiedziała i nie chciała wiedzieć, kim on jest. Ostatnio nikogo nie poznała. Przynajmniej nie kogoś, kto mógłby być jej prześladowcą. Kto mógłby się aż tak bardzo zainteresować jej osobą.
Powóz zatrzymał się prawie pod samym Mangled Mermaid. Obie wysiadły. Kobieta znów założyła kaptur i rozejrzała się, by zorientować się, czy nie ma nigdzie podejrzanych ludzi. Wszędzie prawie nikogo nie było. Może kilkoro mężczyzn i kobiet. Zebranie już się zaczęło. Schowała się w tłumie za Juliet i nasłuchiwała.
— Juliet, znów spóźniona? — Eliza zapytała drwiącym tonem. — Wiesz, że możesz wylecieć w każdej chwili, panno Rosemary? Albo Rozpruwacz może wziąć cię za kolejną ofiarę.
— Bez łaski, madame Crugermann. Już i tak poluje na naszą większość — odpysknęła jej, patrząc na jej niewzruszoną twarz.
Kobieta powiodła wzrokiem po tłumie kobiet, dostrzegając w nim Alice chowającą się za Juliet i jakąś prostytutką.
— Hm... Panna Liddell. Znów się widzimy. I to po trzynastu latach.
Kobieta wyprostowała się i wyszła przed tłum. Crugermann była zaskoczona jej wizytą, ale udawała niewzruszoną, kiedy reszta kobiet szeptała między sobą.
— Widzę, że pani, madame Crugermann, sprawia niezwykłą przyjemność straszenie tych kobiet. Czyżby nauczyła się pani tego od swojego byłego kochanka?
— Tego, który zginął na twoich oczach? Między innymi.
— Wyświadczył przysługę światu, zabijając się. Gdyby nie jego fantastyczny pomysł, moje życie nie wyglądałoby tak, jak teraz. To jest, znacznie lepiej niż pani. — Spojrzała na Juliet, która dyskretnie, gestami, kazała jej się zamknąć. — Widzę, że ma pani bardzo dobre kontakty z Rozpruwaczem. Czy to przypadek?
— Jeden z wielu na tym świecie. W tym pani, panno Liddell.
— I vice versa. — Odwróciła się, odchodząc. — Juliet, idziesz?
Dziewczyna spojrzała na zaskoczoną minę swojej szefowej, uśmiechając się i idąc za Alice.
— Już tu nie pracujesz, Rosemary! — wrzasnęła wściekła Eliza.
— Tęsknić nie będę — odkrzyknęła, wybiegając za Liddellówną.
Obie kobiety szły obok siebie. Juliet czuła się, jakby ktoś zdjął z niej ogromny ciężar, a Alice snuła teorie na temat tożsamości Kuby.
— Juliet, wydaje mi się, że mam podejrzenia co do tego Rozpruwacza.


Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńJestem!
OdpowiedzUsuńNie żeby coś, ale nie musi udawać, że może iść 😂😂 W koncu i tak wylądowali w jednym łóżku. Heheh.
Kuba na tropie Alice, ulalala, niedobrze. Mam tylko nadzieję, że Fredzio ja obroni.
Kurde ja bym nie spała przy świecy, czy czymkolwiek, bo bym się tym bardziej bała, że się podpali coś 😨😨😨
Ja ta mydke, że Rozpruwacz to Fredzio 😂😂😂😂
Świetny rozdział! Czekam na więcej !!!
Less