Rozdział I
I
Delikatne stukanie obcasów było budzikiem sierot w londyńskim sierocińcu. Gdy tylko słyszały regularne dźwięki butów panny Liddell, z uśmiechem na twarzach wstawały i otwierały drzwi, by się z nią przywitać.
Delikatne stukanie obcasów było budzikiem sierot w londyńskim sierocińcu. Gdy tylko słyszały regularne dźwięki butów panny Liddell, z uśmiechem na twarzach wstawały i otwierały drzwi, by się z nią przywitać.
Po samobójstwie doktora Bumby'ego, zaczęto dokładniej przyglądać się jego przeszłości. Szybko dowiedziano się, dlaczego wskoczył pod koła pociągu. Masowe morderstwo nie było jedyną zbrodnią, jakiej dokonał. Handel żywym towarem był tak samo okropną zbrodnią, że „gdyby nie popełnił samobójstwa, jedno powieszenie byłoby zbyt małą karą”1. Według komendanta londyńskiej policji, musiał mieć tak ogromne wyrzuty sumienia, że skoczył. Ona widziała te jego „wyrzuty sumienia”, kiedy opowiadał jej na stacji Moorgate o wszystkich swoich zbrodniach i planach wobec niej. Miała ogromne szczęście, że właśnie wtedy nawiązała dobre kontakty z sierżantem Abberline'em i mogła sobie rękę uciąć, że ją poprze, bo inaczej nadal by żył i nadal ją terroryzował, nie dając szans na powrót do normalności.
Teraz, po trzynastu latach, dorobiła się sporego majątku. Nie tylko tego ze spadku po rodzicach, ale również przez swoją działalność w najbiedniejszych dzielnicach stolicy. Dzięki niej sieroty miały dom, a bezdomni miejsce, gdzie mogli przyjść i zjeść ciepły i zdrowy posiłek. Królowa Victoria bardzo popierała tę działalność i najprawdopodobniej dzięki jej aprobacie kobieta otrzymała tytuł szlachecki. Ale nie mieszkała w willi. Przywiązanie do Whitechapel i chęć ofiarowania pomocy, której ona nie dostawała przez jedenaście lat, jej na to nie pozwoliły. Każdy gest był z łaski i gdyby nie fakt, że przez większość czasu nawet bała się do kogoś odezwać, podziękowałaby za taką pomoc.
Udało jej się zdobyć dofinansowanie dla sierocińca, które pomogło w odrestaurowaniu obskurnego budynku. Nie musiała mieszkać w West End, by poczuć się jak arystokratka najwyższej klasy.
Dzieci zbiegły na śniadanie do jadalni, gdzie na miejscu obok panny Liddell, siedział sierżant Abberline. Przywitały go chórem i usiadły na swoich miejscach.
Frederick Abberline był częstym gościem w Houdsditch od czasu, kiedy Alice została jego dyrektorką. Wpadał na śniadanie w charakterze znajomego i nierzadko na kolację. Dzieci nawet snuły podejrzenia, że specyficznego charakteru Abberline miał romans z kobietą, która dała im dach nad głową. Plotki chodziły pocztą pantoflową, więc niedługo potem zaczęto wypytywać sierżanta Scotland Yardu o jego domniemany związek z Liddellówną. Zaprzeczał, Alice również, ale i tak wszyscy snuli własne teorie.
Kiedy wszyscy zasiedli do stołu, zaczęły się głośne rozmowy. Dzieci dyskutowały między sobą, a Frederick i Alice cicho podśmiechiwali się i komentowali dyskusję dzieci. Podczas posiłku do sierocińca wpadła Juliet. Poszukiwała Fredericka, mówiąc, że zaginęła panna Chapman i nikt nie może jej znaleźć.
— To pewnie sprawka „Kuby” — szepnął jeden z chłopców.
— Albo innego porywacza. — Zaśmiała się dziewczynka, która siedziała obok chłopca.
— Dzieci — skarciła ich panna Liddell. — Fred, chyba powinieneś iść i to sprawdzić.
Zgodził się kiwnięciem głowy i wstał od stołu, dziękując za posiłek i całując Alice w policzek na pożegnanie. Kiedy razem z panną Rosemary wyszedł z sierocińca. Dzieci spojrzały na ich wychowawczynię wymownym wzrokiem. Dziewczęta uśmiechały się do siebie porozumiewawczo, a chłopcy, zasłaniając usta, chichotali.
II
Abberline rozejrzał się po miejscu, gdzie ostatni raz była widziana Annie Chapman. Popytał okolicznych ludzi. Wszedł do dwóch barów, które znajdowały się w pobliżu. Nikt nic nie widział ani nie słyszał. Takie śledztwa były zawsze najgorsze. Nie miał żadnych poszlak ani informacji od ludzi. Gdyby tylko Shell nie był już na emeryturze, pomógłby mu. Może i pracował jako glina i detektyw od ponad dwudziestu lat, ale nigdy nie lubił spraw, kiedy nie mógł niczym wyjaśnić zaistniałych okoliczności. Zerknął na Juliet, która stała z tyłu, patrząc na swoje buty i krzyżując ręce pod piersiami.
— Panno Rosemary, może pani coś wie?
Pokręciła głową, zaprzeczając. Wytłumaczyła, że kiedy Annie zniknęła, ona była już w domu i słodko spała. Fred westchnął i postanowił odprowadzić Juliet, a potem... potem być może poszedłby do Alice, omówić sprawę panny Chapman.
Zawołał w stronę woźnicy, który obok nich przejeżdżał i podał adres. Dziewczyna, skubiąc skórki wokół paznokci, była bardzo zestresowana. I zmęczona. Zakasłała i przyłożyła głowę do ściany powozu, którym jechali. Abberline spojrzał na nią współczująco, a potem odwrócił wzrok na niewielkie okno. Nagle powozem zatrzęsło. Abberline otrząsnął się z zamyślenia i razem z rudowłosą wyszedł z powozu.
— Coś się stało? — zawołał.
— Panie, to zwłoki! — zawołał tragarz, przez którego woźnica musiał zatrzymać powóz.
Abberline i Juliet podbiegli do ciała, a dziewczyna zakryła usta dłonią i zaczęła łkać. Obrażenia były te same, co u Mary Nichols. podwójnie poderżnięte gardło i nierówna, głęboka rana brzucha. Zamordowaną kobietą była Annie Chapman2, której szukali.
III
Czarnowłosa podała dziewczynie filiżankę herbaty i usiadła obok, pocierając jej ramię. Była załamana i przerażona tym, co zobaczyła. Siedziała z palcami wplątanymi we włosy, oddychając głęboko i nie dowierzając. Była teraz w niebezpieczeństwie. Ogromnym. Abberline zaproponował, by panna Rosemary zamieszkała na jakiś czas w Houdsditch. Byłaby wtedy bezpieczniejsza. Abberline odbierałby ją z pracy i zaprowadzał, gdyby miała nocną zmianę. Juliet pokręciła głową.
— Nie, nie trzeba. — Pociągnęła nosem i napiła się herbaty, podnosząc drżącymi rękami filiżankę.
Alice popatrzyła na nią ze współczuciem, a Juliet oparła głowę o jej ramię.
Na Whitechapel nigdy nie było bezpiecznie. Pijacy, bandyci, rabusie. Podczas zwykłej przechadzki albo wyjściu na rynek, trzeba było uważać, by nie zostać okradzionym lub nie zostać ofiarą skrajnej przemocy.
Teraz wydawałoby się, że nastała nowa era East Endu. Bardziej niebezpieczna i to głównie dla kobiet, mieszkających w tej dzielnicy i dla prostytutek. Wszystkie panie musiały uważać. W szczególności po zmroku.
Teraz, po trzynastu latach, dorobiła się sporego majątku. Nie tylko tego ze spadku po rodzicach, ale również przez swoją działalność w najbiedniejszych dzielnicach stolicy. Dzięki niej sieroty miały dom, a bezdomni miejsce, gdzie mogli przyjść i zjeść ciepły i zdrowy posiłek. Królowa Victoria bardzo popierała tę działalność i najprawdopodobniej dzięki jej aprobacie kobieta otrzymała tytuł szlachecki. Ale nie mieszkała w willi. Przywiązanie do Whitechapel i chęć ofiarowania pomocy, której ona nie dostawała przez jedenaście lat, jej na to nie pozwoliły. Każdy gest był z łaski i gdyby nie fakt, że przez większość czasu nawet bała się do kogoś odezwać, podziękowałaby za taką pomoc.
Udało jej się zdobyć dofinansowanie dla sierocińca, które pomogło w odrestaurowaniu obskurnego budynku. Nie musiała mieszkać w West End, by poczuć się jak arystokratka najwyższej klasy.
Dzieci zbiegły na śniadanie do jadalni, gdzie na miejscu obok panny Liddell, siedział sierżant Abberline. Przywitały go chórem i usiadły na swoich miejscach.
Frederick Abberline był częstym gościem w Houdsditch od czasu, kiedy Alice została jego dyrektorką. Wpadał na śniadanie w charakterze znajomego i nierzadko na kolację. Dzieci nawet snuły podejrzenia, że specyficznego charakteru Abberline miał romans z kobietą, która dała im dach nad głową. Plotki chodziły pocztą pantoflową, więc niedługo potem zaczęto wypytywać sierżanta Scotland Yardu o jego domniemany związek z Liddellówną. Zaprzeczał, Alice również, ale i tak wszyscy snuli własne teorie.
Kiedy wszyscy zasiedli do stołu, zaczęły się głośne rozmowy. Dzieci dyskutowały między sobą, a Frederick i Alice cicho podśmiechiwali się i komentowali dyskusję dzieci. Podczas posiłku do sierocińca wpadła Juliet. Poszukiwała Fredericka, mówiąc, że zaginęła panna Chapman i nikt nie może jej znaleźć.
— To pewnie sprawka „Kuby” — szepnął jeden z chłopców.
— Albo innego porywacza. — Zaśmiała się dziewczynka, która siedziała obok chłopca.
— Dzieci — skarciła ich panna Liddell. — Fred, chyba powinieneś iść i to sprawdzić.
Zgodził się kiwnięciem głowy i wstał od stołu, dziękując za posiłek i całując Alice w policzek na pożegnanie. Kiedy razem z panną Rosemary wyszedł z sierocińca. Dzieci spojrzały na ich wychowawczynię wymownym wzrokiem. Dziewczęta uśmiechały się do siebie porozumiewawczo, a chłopcy, zasłaniając usta, chichotali.
II
Abberline rozejrzał się po miejscu, gdzie ostatni raz była widziana Annie Chapman. Popytał okolicznych ludzi. Wszedł do dwóch barów, które znajdowały się w pobliżu. Nikt nic nie widział ani nie słyszał. Takie śledztwa były zawsze najgorsze. Nie miał żadnych poszlak ani informacji od ludzi. Gdyby tylko Shell nie był już na emeryturze, pomógłby mu. Może i pracował jako glina i detektyw od ponad dwudziestu lat, ale nigdy nie lubił spraw, kiedy nie mógł niczym wyjaśnić zaistniałych okoliczności. Zerknął na Juliet, która stała z tyłu, patrząc na swoje buty i krzyżując ręce pod piersiami.
— Panno Rosemary, może pani coś wie?
Pokręciła głową, zaprzeczając. Wytłumaczyła, że kiedy Annie zniknęła, ona była już w domu i słodko spała. Fred westchnął i postanowił odprowadzić Juliet, a potem... potem być może poszedłby do Alice, omówić sprawę panny Chapman.
Zawołał w stronę woźnicy, który obok nich przejeżdżał i podał adres. Dziewczyna, skubiąc skórki wokół paznokci, była bardzo zestresowana. I zmęczona. Zakasłała i przyłożyła głowę do ściany powozu, którym jechali. Abberline spojrzał na nią współczująco, a potem odwrócił wzrok na niewielkie okno. Nagle powozem zatrzęsło. Abberline otrząsnął się z zamyślenia i razem z rudowłosą wyszedł z powozu.
— Coś się stało? — zawołał.
— Panie, to zwłoki! — zawołał tragarz, przez którego woźnica musiał zatrzymać powóz.
Abberline i Juliet podbiegli do ciała, a dziewczyna zakryła usta dłonią i zaczęła łkać. Obrażenia były te same, co u Mary Nichols. podwójnie poderżnięte gardło i nierówna, głęboka rana brzucha. Zamordowaną kobietą była Annie Chapman2, której szukali.
III
Czarnowłosa podała dziewczynie filiżankę herbaty i usiadła obok, pocierając jej ramię. Była załamana i przerażona tym, co zobaczyła. Siedziała z palcami wplątanymi we włosy, oddychając głęboko i nie dowierzając. Była teraz w niebezpieczeństwie. Ogromnym. Abberline zaproponował, by panna Rosemary zamieszkała na jakiś czas w Houdsditch. Byłaby wtedy bezpieczniejsza. Abberline odbierałby ją z pracy i zaprowadzał, gdyby miała nocną zmianę. Juliet pokręciła głową.
— Nie, nie trzeba. — Pociągnęła nosem i napiła się herbaty, podnosząc drżącymi rękami filiżankę.
Alice popatrzyła na nią ze współczuciem, a Juliet oparła głowę o jej ramię.
Na Whitechapel nigdy nie było bezpiecznie. Pijacy, bandyci, rabusie. Podczas zwykłej przechadzki albo wyjściu na rynek, trzeba było uważać, by nie zostać okradzionym lub nie zostać ofiarą skrajnej przemocy.
Teraz wydawałoby się, że nastała nowa era East Endu. Bardziej niebezpieczna i to głównie dla kobiet, mieszkających w tej dzielnicy i dla prostytutek. Wszystkie panie musiały uważać. W szczególności po zmroku.
Jestem!
OdpowiedzUsuńJeżeli o mnie chodzi, to sama mam pewne przypuszczenia co do Alice i Freda 😏😏😏 ich inaczej bank coś łączy, tylko udają kłamcy 😐 dzieci głupie nie są i wszystko widzą. Oczu im nie zamydlą.
Rozpruwacz nie śpi, tylko zabija kolejne osoby. Mam nadzieję, że w miarę szybko zostanie schwytany o ile w ogóle. Masakra.
Swietny rozdział! Cxekam na więcej! 😘😘
Less
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń